Na co dzień bardzo rzadko oglądam telewizję, jednak dziś w przed-wielkanocnej atmosferze postanowiłam - zaraz po dokładnym wyczyszczeniu łazienki i kuchni - zintegrować się z rodziną właśnie przed telewizorem.
Choć za sportem nie przepadam, zawsze kiedy już zasiądę przed włączonym Eurosportem i wciągnę się w jakiekolwiek rozgrywki bądź wyścigi, przeżywam to autentycznie jak oddany kibic, który zna wszystkie zasady gry. Podobnie było tym razem.
Akurat po zakończonych wyścigach na torze kolarskim zaczęła się transmisja na żywo ze słynnych regat wioślarskich na Tamizie odbywających się między drużynami z uniwersytetów Oxford i Cambridge. Jak się okazało - po raz pierwszy od kilku lat były one tak spektakularne. Niestety raczej w złym znaczeniu.
Już po kilkudziesięciu minutach wyścigu do wód Tamizy wpadł jeden z kibiców. Wyścig został wstrzymany, ponieważ człowiek zaplątał się między łodziami obu drużyn i uniemożliwił w ten sposób swobodne kontynuowanie. Z początku sądziłam, ze to jakiś nieszczęśliwy wypadek, jak się jednak okazało - facet z własnej woli wskoczył do rzeki i przepłynął na sam jej środek. Nie wiem czy sądził, iż jest zabawny, ale bezspornie udowodnił tym swój kretynizm i brak jakiejkolwiek logiki w swoim toku myślenia. Wyścig wstrzymano na dobre kilkanaście minut - nie wiem czy nie mogli go z tej wody wydobyć, czy może świadomy swojej głupoty kibic zaczął spieprzać przed motorówkami policji... Jak to skwitował jeden z komentatorów "Mówili dziś, że na te regaty przyszło około 50 tysięcy widzów. Okazuje się że 49 999 widzów jest normalnych, a jeden okazał się idiotą".
(Dla chętnych fragment z tym debilem: http://www.youtube.com/watch?v=sq403dJsh38)
Przez szalejący wiatr wioślarzom bardzo ciężko było ustawić się na środku rzeki do ponownego startu, kiedy jednak umowną linię udało się osiągnąć, wyścig znów ruszył. Nie minęło kilka minut, kiedy łodzie obu drużyn znalazły się zbyt blisko siebie i jedno wiosło drużyny Oxford zostało urwane. Kapitan drużyny od razu podniósł rękę, dając w ten sposób znać sędziemu, iż coś jest nie tak i wyścig znów należałoby przerwać, jednak on owego faula nie zauważył - albo zauważyć nie chciał - i w żaden sposób na to nie zareagował. Przegrana drużyny Oxford - faworytów tegorocznych regat - była zatem pewna. Osłabieni o jednego zawodnika (który przecież niczym nie pomagał machając kijkiem bez łopaty) dopłynęli na linię mety jako drudzy, w dość miażdżącej stracie w stosunku do drużyny Cambridge.
Nawet komentatorzy spodziewali się, że mimo, iż wyścig nie został przerwany po raz drugi, sędzia ostatecznie nie uzna zwycięstwa drużyny Cambridge, które było ewidentnie nieuczciwe.
Zabolała zwłaszcza reakcja jednego zawodnika ze zwycięskiej drużyny, który zaczął skakać, chlapać wodą i cieszyć się jak debil ze zwycięstwa które im się po prostu nie należało. Sędzia chyba zaskoczył wszystkich - podniósł białą flagę oznaczającą, iż wyścig został ostatecznie uznany...
Choć nie lubię sportu, to jednak zawsze ceniłam w nim zasadę fair-play. W sporcie zasady są oczywiste - masz siłę, masz motywację, grasz fair - wygrywasz. Tutaj jednak poczułam się autentycznie zgorszona faktem, iż wyścig został uznany, a niesprawiedliwe zwycięstwo drużyny Cambridge tak radośnie czy wręcz ordynarnie zaakcentowane przez jej członków.
Byłam tak wzburzona, jakby od tych regat miała zależeć moja przyszłość. Tak to zawsze wygląda przy oglądaniu meczy czy innych rozgrywek - człowiek się za bardzo wciągnie i zaangażuje, a potem się wkurwia, wyzywa sędziów czy innych zawodników za coś, co tak naprawdę... gówno go obchodzi. Rozumiem, gdybym jeszcze miała na to jakikolwiek wpływ, a ja się denerwuję jakbym co najmniej sama biegała po boisku, bądź jak w tym wypadku - sama wiosłowała.
Nie o to jednak mi tu chodzi. Chodzi mi o respektowanie pewnych zasad, które kierują sportem. Zasad zdrowej rywalizacji, zasady fair-play, i wygrywania nie po trupach do celu, tylko z jednoczesnym szacunkiem do przeciwnika.
I właśnie tego w tych regatach mi zabrakło. Lubiłam zawsze moment, kiedy przegrani zawodnicy zaraz po wbiegnięciu/wjechaniu na metę bądź przegraniu meczu czy innej formy rozgrywek gratulowali wygranemu - uściskiem dłoni, przytuleniem, klepnięciem po ramieniu. To jest własnie ten jeden z nielicznych elementów, które w rywalizacji sportowej mi się podoba.
Może jednak nie ogarniam sportu aż tak bardzo, może coś się w nim zmieniło. A może tak było zawsze, tylko ja dorabiałam do tego jakąś ideologię?
Choć za sportem nie przepadam, zawsze kiedy już zasiądę przed włączonym Eurosportem i wciągnę się w jakiekolwiek rozgrywki bądź wyścigi, przeżywam to autentycznie jak oddany kibic, który zna wszystkie zasady gry. Podobnie było tym razem.
Akurat po zakończonych wyścigach na torze kolarskim zaczęła się transmisja na żywo ze słynnych regat wioślarskich na Tamizie odbywających się między drużynami z uniwersytetów Oxford i Cambridge. Jak się okazało - po raz pierwszy od kilku lat były one tak spektakularne. Niestety raczej w złym znaczeniu.
Już po kilkudziesięciu minutach wyścigu do wód Tamizy wpadł jeden z kibiców. Wyścig został wstrzymany, ponieważ człowiek zaplątał się między łodziami obu drużyn i uniemożliwił w ten sposób swobodne kontynuowanie. Z początku sądziłam, ze to jakiś nieszczęśliwy wypadek, jak się jednak okazało - facet z własnej woli wskoczył do rzeki i przepłynął na sam jej środek. Nie wiem czy sądził, iż jest zabawny, ale bezspornie udowodnił tym swój kretynizm i brak jakiejkolwiek logiki w swoim toku myślenia. Wyścig wstrzymano na dobre kilkanaście minut - nie wiem czy nie mogli go z tej wody wydobyć, czy może świadomy swojej głupoty kibic zaczął spieprzać przed motorówkami policji... Jak to skwitował jeden z komentatorów "Mówili dziś, że na te regaty przyszło około 50 tysięcy widzów. Okazuje się że 49 999 widzów jest normalnych, a jeden okazał się idiotą".
(Dla chętnych fragment z tym debilem: http://www.youtube.com/watch?v=sq403dJsh38)
Przez szalejący wiatr wioślarzom bardzo ciężko było ustawić się na środku rzeki do ponownego startu, kiedy jednak umowną linię udało się osiągnąć, wyścig znów ruszył. Nie minęło kilka minut, kiedy łodzie obu drużyn znalazły się zbyt blisko siebie i jedno wiosło drużyny Oxford zostało urwane. Kapitan drużyny od razu podniósł rękę, dając w ten sposób znać sędziemu, iż coś jest nie tak i wyścig znów należałoby przerwać, jednak on owego faula nie zauważył - albo zauważyć nie chciał - i w żaden sposób na to nie zareagował. Przegrana drużyny Oxford - faworytów tegorocznych regat - była zatem pewna. Osłabieni o jednego zawodnika (który przecież niczym nie pomagał machając kijkiem bez łopaty) dopłynęli na linię mety jako drudzy, w dość miażdżącej stracie w stosunku do drużyny Cambridge.
Nawet komentatorzy spodziewali się, że mimo, iż wyścig nie został przerwany po raz drugi, sędzia ostatecznie nie uzna zwycięstwa drużyny Cambridge, które było ewidentnie nieuczciwe.
Zabolała zwłaszcza reakcja jednego zawodnika ze zwycięskiej drużyny, który zaczął skakać, chlapać wodą i cieszyć się jak debil ze zwycięstwa które im się po prostu nie należało. Sędzia chyba zaskoczył wszystkich - podniósł białą flagę oznaczającą, iż wyścig został ostatecznie uznany...
Choć nie lubię sportu, to jednak zawsze ceniłam w nim zasadę fair-play. W sporcie zasady są oczywiste - masz siłę, masz motywację, grasz fair - wygrywasz. Tutaj jednak poczułam się autentycznie zgorszona faktem, iż wyścig został uznany, a niesprawiedliwe zwycięstwo drużyny Cambridge tak radośnie czy wręcz ordynarnie zaakcentowane przez jej członków.
Byłam tak wzburzona, jakby od tych regat miała zależeć moja przyszłość. Tak to zawsze wygląda przy oglądaniu meczy czy innych rozgrywek - człowiek się za bardzo wciągnie i zaangażuje, a potem się wkurwia, wyzywa sędziów czy innych zawodników za coś, co tak naprawdę... gówno go obchodzi. Rozumiem, gdybym jeszcze miała na to jakikolwiek wpływ, a ja się denerwuję jakbym co najmniej sama biegała po boisku, bądź jak w tym wypadku - sama wiosłowała.
Nie o to jednak mi tu chodzi. Chodzi mi o respektowanie pewnych zasad, które kierują sportem. Zasad zdrowej rywalizacji, zasady fair-play, i wygrywania nie po trupach do celu, tylko z jednoczesnym szacunkiem do przeciwnika.
I właśnie tego w tych regatach mi zabrakło. Lubiłam zawsze moment, kiedy przegrani zawodnicy zaraz po wbiegnięciu/wjechaniu na metę bądź przegraniu meczu czy innej formy rozgrywek gratulowali wygranemu - uściskiem dłoni, przytuleniem, klepnięciem po ramieniu. To jest własnie ten jeden z nielicznych elementów, które w rywalizacji sportowej mi się podoba.
Może jednak nie ogarniam sportu aż tak bardzo, może coś się w nim zmieniło. A może tak było zawsze, tylko ja dorabiałam do tego jakąś ideologię?
