sobota, 7 kwietnia 2012

We are the champions...

Na co dzień bardzo rzadko oglądam telewizję, jednak dziś w przed-wielkanocnej atmosferze postanowiłam - zaraz po dokładnym wyczyszczeniu łazienki i kuchni - zintegrować się z rodziną właśnie przed telewizorem.
Choć za sportem nie przepadam, zawsze kiedy już zasiądę przed włączonym Eurosportem i wciągnę się w jakiekolwiek rozgrywki bądź wyścigi, przeżywam to autentycznie jak oddany kibic, który zna wszystkie zasady gry. Podobnie było tym razem.

Akurat po zakończonych wyścigach na torze kolarskim zaczęła się transmisja na żywo ze słynnych regat wioślarskich na Tamizie odbywających się między drużynami z uniwersytetów Oxford i Cambridge. Jak się okazało - po raz pierwszy od kilku lat były one tak spektakularne. Niestety raczej w złym znaczeniu.

Już po kilkudziesięciu minutach wyścigu do wód Tamizy wpadł jeden z kibiców. Wyścig został wstrzymany, ponieważ człowiek zaplątał się między łodziami obu drużyn i uniemożliwił w ten sposób swobodne kontynuowanie. Z początku sądziłam, ze to jakiś nieszczęśliwy wypadek, jak się jednak okazało - facet z własnej woli wskoczył do rzeki i przepłynął na sam jej środek. Nie wiem czy sądził, iż jest zabawny, ale bezspornie udowodnił tym swój kretynizm i brak jakiejkolwiek logiki w swoim toku myślenia. Wyścig wstrzymano na dobre kilkanaście minut - nie wiem czy nie mogli go z tej wody wydobyć, czy może świadomy swojej głupoty kibic zaczął spieprzać przed motorówkami policji... Jak to skwitował jeden z komentatorów "Mówili dziś, że na te regaty przyszło około 50 tysięcy widzów. Okazuje się że 49 999 widzów jest normalnych, a jeden okazał się idiotą".
(Dla chętnych fragment z tym debilem: http://www.youtube.com/watch?v=sq403dJsh38)

Przez szalejący wiatr wioślarzom bardzo ciężko było ustawić się na środku rzeki do ponownego startu, kiedy jednak umowną linię udało się osiągnąć, wyścig znów ruszył. Nie minęło kilka minut, kiedy łodzie obu drużyn znalazły się zbyt blisko siebie i jedno wiosło drużyny Oxford zostało urwane. Kapitan drużyny od razu podniósł rękę, dając w ten sposób znać sędziemu, iż coś jest nie tak i wyścig znów należałoby przerwać, jednak on owego faula nie zauważył - albo zauważyć nie chciał - i w żaden sposób na to nie zareagował. Przegrana drużyny Oxford - faworytów tegorocznych regat - była zatem pewna. Osłabieni o jednego zawodnika (który przecież niczym nie pomagał machając kijkiem bez łopaty) dopłynęli na linię mety jako drudzy, w dość miażdżącej stracie w stosunku do drużyny Cambridge.
Nawet komentatorzy spodziewali się, że mimo, iż wyścig nie został przerwany po raz drugi, sędzia ostatecznie nie uzna zwycięstwa drużyny Cambridge, które było ewidentnie nieuczciwe.
Zabolała zwłaszcza reakcja jednego zawodnika ze zwycięskiej drużyny, który zaczął skakać, chlapać wodą i cieszyć się jak debil ze zwycięstwa które im się po prostu nie należało. Sędzia chyba zaskoczył wszystkich - podniósł białą flagę oznaczającą, iż wyścig został ostatecznie uznany...

Choć nie lubię sportu, to jednak zawsze ceniłam w nim zasadę fair-play. W sporcie zasady są oczywiste - masz siłę, masz motywację, grasz fair - wygrywasz. Tutaj jednak poczułam się autentycznie zgorszona faktem, iż wyścig został uznany, a niesprawiedliwe zwycięstwo drużyny Cambridge tak radośnie czy wręcz ordynarnie zaakcentowane przez jej członków.

Byłam tak wzburzona, jakby od tych regat miała zależeć moja przyszłość. Tak to zawsze wygląda przy oglądaniu meczy czy innych rozgrywek - człowiek się za bardzo wciągnie i zaangażuje, a potem się wkurwia, wyzywa sędziów czy innych zawodników za coś, co tak naprawdę... gówno go obchodzi. Rozumiem, gdybym jeszcze miała na to jakikolwiek wpływ, a ja się denerwuję jakbym co najmniej sama biegała po boisku, bądź jak w tym wypadku - sama wiosłowała.
Nie o to jednak mi tu chodzi. Chodzi mi o respektowanie pewnych zasad, które kierują sportem. Zasad zdrowej rywalizacji, zasady fair-play, i wygrywania nie po trupach do celu, tylko z jednoczesnym szacunkiem do przeciwnika.
I właśnie tego w tych regatach mi zabrakło. Lubiłam zawsze moment, kiedy przegrani zawodnicy zaraz po wbiegnięciu/wjechaniu na metę bądź przegraniu meczu czy innej formy rozgrywek gratulowali wygranemu - uściskiem dłoni, przytuleniem, klepnięciem po ramieniu. To jest własnie ten jeden z nielicznych elementów, które w rywalizacji sportowej mi się podoba.

Może jednak nie ogarniam sportu aż tak bardzo, może coś się w nim zmieniło. A może tak było zawsze, tylko ja dorabiałam do tego jakąś ideologię?

czwartek, 5 kwietnia 2012

Na Warszawiaka nie masz cwaniaka...

Ostatnio miałam okazję po raz kolejny wybrać się do stolycy. Miasto jak miasto, może trochę większe od przygranicznej dziury, w której przyszło mi żyć, jednakże jest w tym miejscu coś, co niemal zawsze wywołuje u mnie pozytywne wrażenia.

Niestety tym razem pogoda absolutnie nie sprzyjała zwiedzaniu - napieprzający pod koniec marca ŚNIEG faktycznie był sporym zaskoczeniem, do tego dołóżmy jeszcze grad (zacinający zwłaszcza zaraz po wejściu na teren Łazienek) oraz temperaturę niewiele powyżej zera. Na szczęście nawet to nie zdołało zepsuć mi radości z pobytu w tym miejscu.

Pierwszy raz miałam okazję ujrzeć na własne oczy nowy budynek TVP, o którym to się naczytałam i nasłuchałam, jaki jest jebitny, jednak dopiero po zobaczeniu go na żywo nie mogłam zebrać szczeny z podłogi. No rzeczywiście, są tak straszliwie biedni, że aż abonament trzeba biedakom płacić... Toż nawet budynki tak komercyjnych stacji jak TVN czy Polsat są bardziej subtelne. Widocznie telewizja publiczna rządzi się własnymi prawami, a raczej jednym prawem czy zasadą, która brzmi "Zastaw się a postaw się".

Co do mediów publicznych - nareszcie udało mi się zajść na Myśliwiecką 3/5/7 i ujrzeć na własne oczy budynek Trójki. Ba, udało mi się nawet cyknąć focię pod jubileuszową monetą wytoczoną przed wejście z okazji 50-lecia.

Najważniejszym punktem wycieczki była oczywiście Ikea - i przyznać muszę, że dla czekolady o smaku mięty naprawdę warto było tłuc się tam ponad 20 minut w zatłoczonym autobusie...
A propos autobusów - mimo, że byłam tam już parę razy, dopiero niedawno odkryłam, że przystanki czyta tam Tomasz Knapik! Za każdym razem, kiedy słyszałam "Następny przystanek..." w głowie miałam obraz siedzącego na kanapie Ala Bundy'ego i zagłuszającego jego kwestię Knapika...
Poza tym nie wiem o co chodzi, ale po każdym przystanku ludzie organizują w autobusie jakieś wędrówki ludu i dosłownie co przystanek zmieniają swoje miejsce. Poczułam się dosłownie jak Adaś Miauczyński w Dniu Świra "A że przy oknie, a że przodem, a że bokiem, a że niewiadomo dlaczego..." - poza tym nie rozumiem też, po co w Warszawie ludzie biegają na metro, które jeździ przecież co 5 minut.
Co do metra - o maj gad, to co się dzieje przy słynnej stacji "Centrum" to jest w ogóle poezja... Pierwszego dnia trafiliśmy tam na strajki Solidarności, potem na jakieś manifesty dotyczące Palestyny - a wszystko to wśród straganów z gaciami, rajtami i żonkilami, wśród wiecznie spieszących się i przepychających ludzi i kolesia, który - zapewne myśląc, iż tworzy muzykę - bez przerwy napieprzał deską o nogi jakiegoś starego stołu. O zgrozo - jeśli tak zapamiętają Polskę zagraniczni kibice przyjeżdżający na Euro to zaczynam być pełna obaw...
Co do Euro - ujrzałam słynny Stadion Narodowy (choć trudno go nie zauważyć, kiedy widać go niemal z każdej części miasta), ale kiedy znajomy architekt, u którego się zatrzymaliśmy przez bite 3 dni tworzył nie zaczęte nawet projekty znajdujących się wewnątrz stadionu sklepików dla kiboli byłam w lekkim szoku - Euro tuż tuż, a na stadionie - poza murawą - do rozgrywek nie jest przygotowane dosłownie nic...

Widziałam także stadion Legii - i przyznać muszę, że przy orgazmie mojego współtowarzysza na widok Stadionu Narodowego, mnie bardziej zachwycił ogrom tego należącego do Legii... Poza tym grafitti z napisem LEGIA widnieje chyba na każdym murze Warszawy. Czy to centrum miasta, czy przedmieście, czy centrum handlowe - miłość do Legii ujrzeć można wszędzie. Kiedyś "Hycler Kaput" dziś "Legia Warszawa"...
Legia obecna była chyba jednak przede wszystkim na słynnej Pradze, gdzie przyszło nam się zatrzymać. Pierwszej nocy przez kilka godzin niemal bez przerwy z ulic dobiegało darcie mordy wyrażające zachwyt nad Legią. Spoko, rozumiem kibolski entuzjazm i w zasadzie cała sytuacja mnie bawiła, jestem jednak pełna podziwu dla kolesi którym chciało się zdzierać gardło dla jednego okrzyku, który brzmiał po prostu "LEGIAAAAAA!".

Ogólnie wrażenia z wycieczki krajoznawczej jak najbardziej pozytywne - miło było wrócić do miejsc, które dobrze się człowiekowi kojarzą i do których zawsze z przyjemnością będzie mi wracać.
W końcu to "Miasto moje, a w nim najpiękniejszy mój świat, najpiękniejsze sny, i warszawskie kolorowe dni!"

wtorek, 3 stycznia 2012

Next chapter

Niedawno schowałam do mojej małej skrytki w głębi pokoju kalendarzowy notatnik z minionego roku. Siódmy z kolei.
Kolejny rok za mną, i choć nie lubię robić podsumowania roku, to zwięźle rzec mogę, iż ten był całkiem sympatyczny, choć na pewno nie tak spontaniczny jak 2010. Mam wrażenie, że 2011 był dla mnie okresem wewnętrznej stabilności, dojścia do pewnych wniosków. Takiej uczuciowej stabilizacji, która na pewno była mi potrzebna po zawirowaniach w poprzednich latach. Czuję, że przez ostatni rok dojrzałam, zmieniłam poglądy na wiele spraw, stałam się bardziej asertywna i stanowcza. To chyba, kurde, dobrze...
Jeśli chodzi o relacje z Sylwestra - nie ma to jak rozmowy w kuchni przy whisky (którego całą duszą nie cierpię...) na tak lekkie tematy jak aborcja, eutanazja czy zamachy Breivika w Norwegii... Nie zazdroszczę tylko Kosie, który musiał wysłuchiwać tego pijackiego pierdolenia na trzeźwo...
Kac niemały - mam wrażenie, że się starzeję i coraz gorzej znoszę większe ilości alkoholu. Nie widziałam też noworocznego koncertu z filharmonii w Wiedniu, przy którym prawie co roku dogorywałam po zabawie sylwestrowej. Był za to Top Wszech Czasów Trójki - i jak dwa lata temu prawie spadłam z krzesła, gdy większość pierwszej dziesiątki zajęło U2 (swoją drogą, gdy piszę nazwę tego zespołu, zawsze mam przed oczami Kaczyńskiego) tak w tym roku tradycyjnie pierwszą trójcę zajęli Floydzi, Zeppelini i Dire Straits.

A co przyniesie Nowy Rok - well, we'll see...

czwartek, 29 grudnia 2011

Ooooh, here she(sesja zimowa) comes...!

Łeb mi się już gotuje od nazw narodowości po rosyjsku... A od walczenia z Wordem i Excelem przy pisaniu "mini-pracy magisterskiej" na zaliczenie z informatyki wity opadają.
Już wiem dlaczego tak bardzo nie chciało mi się za to wszystko zabierać. A to nawet nie połowa tego, co powinnam pozaliczać i pooddawać w styczniu...
Krótko mówiąc - sesja zimowa wita. Druga w mej studenckiej karierze (liczę, iż nie ostatnia...).

Natłok nauki nie denerwowałby mnie tak bardzo, gdyby nie fakt, że praktycznie cały tydzień świątecznych ferii przebimbałam - i naprawdę nie wiem na czym czas zleciał mi tak szybko. Moją coroczną świąteczną tradycją jest oglądanie podczas przerwy kilku filmów na dzień, odświeżanie sobie dobrych seriali, w tym roku dodatkowo zaczęłam książkę, którą dostałam pod choinkę.
I wszystko to robiłam pogodzona z myślą, że przeto do nowego roku i zaliczeń mam jeszcze tyyyyyle czasu. A tu nagle się okazuje, że jest 29 grudnia, a ja nie zrobiłam dosłownie NIC.
Dlatego cały dzień zapieprzam jak głupia - i wkurwia mnie, że przez to czas upływa jeszcze szybciej niż na luzackim oglądaniu filmów i seriali...

Do tego jestem przeziębiona - ból zatok i zatkany nos wkurwia jeszcze bardziej niż przeskakujące z uporem maniaka tabelki i wykresy w Wordzie...

Boże, dopomóż!

niedziela, 30 października 2011

Sun is shining, the weather is sweet, yeah...

Na zewnątrz jesień pełną gębą, a ja mam na sobie 2 warstwy ciuchów i wciąż czuję, że jest mi zimno. Dlatego stwierdziłam, że miło byłoby zrobić ostateczne podsumowanie wakacji, dzięki czemu niczym w bajce powróci obraz dni choć trochę cieplejszych niż obecne.

Nie ma co ukrywać, że w moim przypadku wakacje rozpoczęły się niezbyt szczęśliwie - najpierw zmiotło jak szatan moje ukochane Twingo, a potem złapałam zapalenie nerki. Jedyną pozytywną stroną mojego zdychania w gorączce było oglądanie o 4 nad ranem powtórek "Usterki" i "Nauki jazdy" na TVNie, dzięki czemu powróciły dobre wspomnienia z czasów szkoły podstawowej.

Z wielkich planów z drinkami z palemką na plaży Majorki ostało się tyle, że raptem dwa czy trzy razy zawitałam na plażę w Trzebieży - i naprawdę nie polecam kąpieli w zalewie bez materaca czy czegokolwiek, co pozwala nie dotykać stopami dna. Poza rozcięciem stopy, grozi to także nieprzyjemnym uczuciem deptania po miałkim dnie, które - bądźmy szczerzy - odczuwalne jest jak chodzenie po gównie.
Mimo to na wyjazdy narzekać nie mogę - kolejny raz mogłam pobiegać po alpejskich wzgórzach, pierwszy raz będąc na Tour de France. I jak nigdy nie jarali mnie kolesie z wygolonymi łydkami, tak teraz rzec muszę, iż atmosfera tej imprezy udzieliła się nawet takiemu sportowemu ignorantowi jak ja. Emocje miotały mną niesamowite, a za darmowymi gadżetami rzucanymi w stronę kibiców biegałam jak ostatni debil. Ale warto było - teraz przynajmniej mam mnóstwo różnokolorowych czapeczek i innych baloników...
Poza tym w drodze do Francji w końcu miałam okazję zobaczyć w Szwajcarii coś więcej niż autostrady i przejścia graniczne. Udało mi się wypić najdroższą kawę w moim życiu w samym centrum Zurychu oraz zobaczyć największy pod względem przepływu wodospad w Europie (o którego istnieniu nie miałam pojęcia).
Poza tym kolejny raz zawitałam do Austrii - kraju, z którego pochodzić będzie mój przyszły mąż (fap, fap). Nie wiem co w tym miejscu jest takiego - po prostu je uwielbiam. Dość ciekawie było zobaczyć po dwóch latach tych samych ludzi, którzy wciąż pracują w tych samych miejscach i praktycznie w ogóle się nie zmieniają. Poza tym pogoda była przewspaniała - niestety murzyńska opalenizna zniknęła wraz z dość szybko schodzącym naskórkiem. Mimo to ten tydzień pozwolił mi nałapać promieni za całe gówniane pod względem pogody wakacje.
A, i mam fotę z Mozartem!

Były też plany trójkąta w Warszawie, niestety niezrealizowane. Mimo to trójkąt pt. PAP (PawAnnPat) zawitał do miasta koziołków, gdzie spotkał się z dość zboczonym konduktorem kolejki parkowej, zwiedził najważniejszy punkt wycieczki krajoznawczej jakim była IKEA oraz wypił Lecha na poznańskiej starówce.

Poza tym jak zwykle nie obyło się bez kilku imprez, opicia kolejnych samochodów (obecnie jeżdżę 4 z kolei) oraz emocji jakich między innymi dostarczył mi mój opętany kot, który pewnego dnia ni stąd, ni zowąd postanowił wyjść przez okno i rozpaczliwie miauczeć na kominie.
Dzięki temu, że przez ponad trzy tygodnie mieszkaliśmy na dwa domy, miałam okazję spraszać do siebie znajomych z średnią częstotliwością raz na dwa dni. Dzięki tym spotkaniom dowiedziałam się między innymi, że na Disney Channel leci program "Ja w kąpieli" (na trzeźwo okazało się, iż jest to "Ja w KAPELI"), że prawdziwymi rebelianckimi (od nazwy rebel.tv) zespołami są Pidżama Porno oraz Kings of Leon, a także że tytuł jednego ze swoich opowiadań powinnam wymawiać z dość wyraźnym "schwa" (dla niewtajemniczonych definicja tutaj).

Poza tym przeczytałam AŻ dwie książki (choć Braci Karamazow powinnam traktować tak, jakbym przeczytała ich przynajmniej pięć), codziennie słuchałam ruskiego radia, obejrzałam 6 sezonów zajebistego serialu "U nas w Filadelfii" i w sumie przez całe wakacje wystawiłam ocenę 25 filmom na filmwebie. Statystyki nie są złe, choć uważam, że mogłoby być lepiej...
Nie zapominajmy także o mojej karierze w Reserved - dość ciężko pracowałam na swoje 100zł!

Reasumując - wakacje jak najbardziej udane, choć pogoda robiła wszystko, aby całkowicie je spierdolić. Dość sporą i istotną część stanowią ludzie, bez których tegoroczne wakacje na pewno byłyby uboższe w wiele sytuacji, historii i motywów - thank you fellows...!

czwartek, 15 września 2011

Working hard, too hard.

Moja kariera zawodowa rozwinęła się w niezwykle zawrotnym tempie. Po dwóch dniach pracy awansowałam na stanowisko bezrobotnej, jea!
Brzmi to strasznie, ale spokojnie - nikt nie wyjebał mnie na zbity pysk. Po prostu jako odwieczna malkontentka stwierdziłam, że jestem za słaba na ciągnięcie tego w roku akademickim, a poprawianie w kółko wieszaków przez 8 godzin i patrzenie na krzywe spojrzenia współpracowników, kiedy nie rozumiem co znaczy "pistolet do stikera" albo "set rebelsowego chłopca, z kartonu jangsów" jakoś nie było w moim klimacie. Nie twierdzę oczywiście, że praca była zła, ale ja ze swoim podejściem i zbyt rozbudowanym lenistwem nie nadaję się do roboty, po prostu.
Ale żeby nie spędzać czasu tylko na marudzeniu, nie omieszkam wspomnieć o ciekawych stronach swojej pracy.
Pierwszy raz w życiu ubierałam manekina - zajebista sprawa, zwłaszcza, kiedy montujesz bluzkę, a z drugiej strony odpada ci jego ręka albo głowa. Wyobraźcie sobie w tym momencie przerażone spojrzenia dzieci, które wchodziły akurat do sklepu.
Poza tym - w związku z dekorowaniem wystawy - dostałam za zadanie wyprasować ubrania, które miały zawisnąć na manekinach. Babka mówi, żebym wzięła żelazko z magazynu. No okej, szukam szukam tego żelazka, po drodze mijam stosy kartonów, odkurzacz, wieszaki, żeby ostatecznie okazało się, że to, co z początku uznałam za odkurzacz było żelazkiem. Otóż wyobraźcie sobie, że pierwszy raz miałam okazję prasować ubrania żelazkiem bezdotykowym na parę - szał!
Poza tym nauczyłam się się zdejmować klips przeciwkradzieżowy, składać ubrania w kosteczkę z użyciem deski a pod koniec swej pracy nawet jako tako opanowałam rozmiarówkę dziecięcą.
A wszystko przy dźwiękach tej piosenki, która leciała W KÓŁKO: N.E.R.D. - Everyone Nose (i weź kurwa pracuj przy czymś takim...).
Wiem, że kasa zawsze się przyda, że człowiek zawsze nabywa jakiegoś doświadczenia i choć moja decyzja wydaje się dość nieodpowiedzialna, to w przekonaniu utwierdziły mnie słowa koleżanki - "Wydaje mi się, że to nic takiego, bo w życiu na pewno jeszcze zdążysz się napracować".
Niestety nie widzę siebie w jakiejkolwiek pracy w przyszłości, dlatego chyba jedyną nadzieją dla mnie jest znalezienie sobie bogatego męża. Ruska mafio - przyjmijcie mnie w swoje szeregi...

poniedziałek, 12 września 2011

The blood, the sweat, the tears.

Ostatnio - o czym wie chyba już każdy - miała miejsce "walka stulecia" naszego rodaka Tomka Adamka z Witalijem Kliczko.
Sport kompletnie mnie nie interesuje, tym bardziej boks, który według mnie nie różni się niczym od zwykłej nawalanki pod blokiem, jednakże z czystej ciekawości w dniu walki wzięłam do ręki gazetę, aby dowiedzieć się gdzie będzie lecieć transmisja.
Otworzyłam Gazetę Wybiórczą i trafiłam na wielki artykuł dotyczący transmisji z walki Adamka. Dowiedziałam się, że żadna polska telewizja nie będzie tego transmitować, i jedyną opcją dla mnie jako widza jest albo wydanie 40zeta na bilet i oglądanie tego w Multikinie, albo 50zł za oglądanie relacji w pakiecie "Pay per view". Ewentualnie mogłam także wybrać się do pubu, jednakże tam także musiałabym wydać około 20zł za wstęp i możliwość siedzenia w zatłoczonym pomieszczeniu, wydając dodatkowe 20zeta na piwo (bo o suchym pysku siedzieć nie wypada).
Jedyną darmową opcją okazało się oglądanie relacji na niemieckim RTL-u. Ha, myliłam się bardzo, sądząc, iż jest to opcja darmowa. Okazało się, ze organizatorzy walki nakazali operatorom telewizyjnym zablokować sygnał dla polskich widzów.
Czy ja kurwa mieszkam w Korei Północnej? Rozumiem, że teraz biznes żeruje na takich okazjach, ale naprawdę w tym momencie poczułam się jak w państwie totalitarnym, gdzie w sobotni wieczór nie mogę w papciach obejrzeć kawałka walki, której wynik mnie kompletnie nie obchodzi.
Jak wspomniałam - nie interesuje mnie sport, jednak poczułam pewnego rodzaju współczucie dla prawdziwych fanów boksu, którzy musieli wydać kupę kasy, żeby zobaczyć jak Kliczko zmiata naszego górala.
I tak chwała im za to, że walka potrwała 10 rund. Gdyby trwała kilka sekund, obawiałabym się, że wkurw ludzi, którzy wydali na to cztery dychy rozrósłby się do takich rozmiarów, iż moglibyśmy spodziewać się na ulicach zamieszek godnych tych z Londynu.